wtorek, 23 czerwca 2015

Prologue

Do tej po­ry nie wiem, kim była. Nie lu­biła po­lity­ki, a ka­nały in­forma­cyj­ne wy­woływały u niej dreszcze. Nie wie­działa kto jest pre­zyden­tem, a urzędy omi­jała sze­rokim łukiem.  Miała prob­le­my z za­pamięty­waniem imion i twarzy.  Nudziły ją po­zyty­wis­tyczne obyczajówki, czy his­to­ryczne po­wieści. Nie lu­biła większości przed­miotów szkol­nych.  Ubóstwiała ro­man­tyzm, mówiła, że w żad­nej epo­ce nie pow­stało ty­le ar­cydzieł co wte­dy.  Jej ido­lami by­li Leonar­do da Vin­ci z po­wodu ta­len­tu i Sal­va­dor Da­li, które­go ce­niła za ory­ginal­ność i kon­tro­wer­syjność. Kochała wiele rzeczy: białą cze­koladę, ko­medie, słoneczne po­ran­ki. 
(...)
Wie­działem o niej wiele, ale tak nap­rawdę nie mam pojęcia kim była. Nie wie­działem co było prawdą. Tak nap­rawdę wszys­tko mogło być mis­ternie ułożonym wi­zerun­kiem który niczym zbro­ja bro­nił ją przed światem zewnętrznym.  
Fa do szkoły przychodziła z nie zni­kającym uśmie­chem na twarzy. Fa­ceci bi­li się o jej względy, a każda dziew­czy­na chciała się z nią przy­jaźnić. Ja widziałem w niej je­dynie pustą ku­kiełkę ub­raną w ko­lorową su­kienkę z na­malo­wanym uśmie­chem i szkla­nymi ocza­mi. Jej za­daniem było cie­szyć oczy każde­go kto na nią pat­rzył i rzeczy­wiście tak było.
 Zaczęło się od spot­kań w tróję, niewin­nych rozmów na przer­wie, wy­miany liścików na lek­cjach. Oka­zała się być zu­pełnie in­na niż w moich wyob­rażeniach. Nie była tak in­fantyl­na na jaką po­zowała, nie po­dej­mo­wała pochop­nych de­cyz­ji a na py­tania nig­dy nie od­po­wiadała wprost, jeśli nie miała ocho­ty udzielać od­po­wie­dzi. Zda­wała się ko­kieto­wać każde­go fa­ceta, hip­no­tyzo­wała wzro­kiem, pro­woko­wała a po­tem i tak ole­wała. Zaw­sze zas­ta­nawiałem się czy była świado­ma te­go czy raczej zacho­wanie jej było tak sa­mo in­tuicyj­ne, jak pan­te­ry pod­czas po­lowa­nia. 
Cza­sami spo­tyka­liśmy się wie­czo­rami. Szliśmy na spa­cer, al­bo do cu­kier­ni na szarlotkę – uwiel­bialiśmy szarlotkę. By­wało, że ra­zem chodzi­liśmy na wa­gary, włóczy­liśmy się po nie­czyn­nych to­rach czy zam­kniętych fab­ry­kach. Nic więcej między na­mi nie było. 
(...)
 Nie zadzwo­niła do mnie ani ra­zu, ja zresztą też nie. Ciągle mie­szka­liśmy w tym sa­mym mieście, jed­nak nie da­ne nam było się spot­kać. Słyszałem tyl­ko, że zaczęła chodzić z zna­nym wszędzie półgłówkiem. Po­dob­no się kocha­li. Zaw­sze chodzi ra­zem. Czułem się zi­ryto­wany, może na­wet trochę wściekły, że tak łat­wo op­lotła so­bie ko­lej­ne­go fa­ceta wokół pal­ca, że ko­lej­ny jest na jej ski­nienie. Wte­dy nie wie­działem jeszcze, że to zaz­drość. 
(...)
 Fa nig­dy nie była sobą, nie mogła być sobą. Jej uśmiech nig­dy nie był szcze­ry. Grała tyl­ko swo­je ro­le, jak ma­rionet­ka, po to by za­dowo­lić wszys­tkich. Była uwięziona w tym świecie, jej życie było jedną wielką farsą uszczęśli­wiania in­nych. Dob­ra uczen­ni­ca, miła ko­leżan­ka, wspa­niała córka. Nig­dy Farah.  Kiedyś mi po­wie­działa, że praw­dzi­wie wol­nym jes­teś tyl­ko wte­dy, gdy umierasz. Nie sądziłem że to praw­da.  Do tej po­ry nie wiem, kim była.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz